W szkole mojego dziecka drugi rok funkcjonuje system punktowy, oceniający zachowanie uczniów. Chociaż grupa rodziców – w tym ja – wyraziła wyraźny sprzeciw, nauczyciele upierają się, że to pomaga dzieciom w motywacji i poprawie ich zachowania. W mojej opinii, taki system nie uczy właściwych postaw, tylko rywalizacji o punkty. Sprawia, że dzieci skupiają się bardziej na liczbach, niż na realnych wartościach.
Na koniec roku mój syn otrzymał dwa punkty dodatnie od każdego nauczyciela za „bycie dobrym uczniem”, ale jeden z nich przyznał mu minus dwa punkty. Co więc mówi ten system o moim dziecku? Niewiele – mówi raczej o relacji tego konkretnego nauczyciela z moim synem. Czy naprawdę oceniamy potencjał naszych dzieci?
Inny przykład, który ilustruje, jak punktowy system oceniania wpływa na motywację i emocje młodych ludzi: Mojemu synowi zdarzyło mu się popełnić poważny błąd, który skończył się rozmową dyscyplinującą – nie tylko ze mną, ale również z panią pedagog, panią psycholog i jego wychowawczynią, przeproszeniem. Już to przeżył bardzo mocno. Jednak kiedy wydawało się, że sprawa została wyjaśniona i zamknięta, tydzień później otrzymał dodatkowo minus 10 punktów. Dla niego to było jak podwójna kara, dodatkowy cios w momencie, gdy czuł już pełną odpowiedzialność za swoje działanie. Widziałam, jak w jednej chwili stracił całą motywację do poprawy. Zamiast wzmacniać jego chęć do lepszego zachowania, system punktowy tylko wzmocnił jego poczucie winy, jednocześnie odbierając jakąkolwiek ochotę na zmianę. Również mi opadły wtedy ręce.
Zobaczyć nieskończone możliwości
Tymczasem, zainspirowana lekturą „Nieskończone Możliwości” – myślę, jak mogłoby to wyglądać inaczej. (*Paweł, to jeszcze nie jest pełna recenzja, po prostu jestem natchniona 😉
Już dzielę się refleksją: w książce znalazłam koncepcję „dawania A”, czyli od razu przyznania najwyższej oceny każdej osobie, z którą jesteśmy. Tym samym motywujemy ją do trwania w tej wysokiej ocenie, nie stawiamy warunków „na starcie”. A nawet zachęcamy ją (!) do postawienia sobie samej tych warunków. Dużo lepiej startuje się od A niż od C, prawda?
To także było moje zastrzeżenie do obecnego systemu. Dlaczego dzieci na wejściu dostają ocenę „dobrą”? Dlaczego nie zakładamy, że każde dziecko jest z natury wzorowe? Zamiast przyjąć ich wyjątkowość, traktujemy je jak niewystarczające – a przecież każde dziecko jest wspaniałe już na starcie. I mówię to nie tylko jako matka 😉
Efekt Pigmaliona (znany też jako efekt Rosenthala)
W 1965 roku psychologowie Robert Rosenthal i Lenore Jacobson przeprowadzili badanie w szkole, gdzie przekazali nauczycielom informację, że niektórzy uczniowie mają szczególne predyspozycje do osiągania wysokich wyników, chociaż w rzeczywistości uczniowie zostali wybrani losowo. Nauczyciele, wierząc, że pracują z bardziej zdolnymi uczniami, nieświadomie poświęcali im więcej uwagi i wsparcia. Wynik? „Wytypowani” uczniowie rzeczywiście osiągnęli lepsze wyniki.
Wyniki badania pokazały, że oczekiwania nauczycieli wpływają na sposób ich pracy z uczniami, co może skutkować wyższymi lub niższymi wynikami, w zależności od tego, jakie przekonania mają nauczyciele na temat ich potencjału. Ten efekt można odnieść też do innych obszarów życia, gdzie nasze przekonania o ludziach mogą wpływać na to, jak im się wiedzie.
Budowa samooceny
A co by było, gdybyśmy zaczęli od tego, że uwierzymy, iż nasi uczniowie i osoby, z którymi przebywamy, już są wzorowi – że zasługują na najwyższą ocenę od samego początku? Wówczas nasze podejście do nich zmienia się, bo patrzymy na nich jak na osoby wyjątkowe, z potencjałem, a to wpływa też na ich własne zachowanie.
Kiedy uczniowie wierzą, że są najlepsi, otwiera to przed nimi przestrzeń do budowania pewności siebie, podejmowania wyzwań, większego rozwoju. Kiedy więc damy im tę najlepszą ocenę od razu – i pozwolimy im wzrastać, wspierając ich, z poczuciem, że już są wystarczająco dobrzy.
Takie podejście ma przecież znaczenie w każdej relacji, nie tylko tej między nauczycielem a uczniem. W pracy, w domu, wśród osób bliskich – gdy patrzymy na ludzi jak na tych, którzy mają najwyższy potencjał, z wiarą, że chcą i mogą najwięcej, a ich intencje są dobre, to wpływa to nie tylko na ich rozwój, ale i na nas samych oraz na więź, która nas łączy.
Daj kredyt zaufania
Przypomina mi to moment, gdy miałam piętnaście lat i postanowiłam – choć sama nie wiem, skąd mi się to wtedy wzięło – patrzeć na wszystkich przez pryzmat dobroci. Postanowiłam, że od „dziś” będę wierzyć, że każde słowo, spojrzenie, gest, który do mnie kierują, jest pozytywny, że wypływa z dobrych intencji.
Byłam wtedy zagubioną, nieszczęśliwą, pełna kompleksów dziewczynką i to podejście naprawdę odmieniło moje życie. Zaczęłam czuć, że wszystko, co się dzieje wokół mnie, jest dla mojego dobra. Poczucie lekkości, radości – ono rośnie, gdy przestajemy doszukiwać się negatywów i zaczynamy wierzyć, że otaczający nas ludzie mają do zaoferowania coś wartościowego.
Chciałabym, aby takie podejście zastąpiło system oceniania w szkole mojego dziecka, choć niewiele mogę tu zmienić sama. Ale w obszarze naszego osobistego wpływu możemy decydować, jak patrzymy na innych – i kiedy widzimy ich jako pełnych potencjału i dobrych intencji, życie staje się zdrowsze, pełniejsze i bardziej harmonijne dla nas wszystkich.
Jeśli chcesz nauczyć się patrzeć na ludzi przez pryzmat dobroci, to zapraszam na sesje. Spacer w lesie jest wciąż magiczny.
Uściski,
Agnieszka


No responses yet